Bunt lokatorów

Pół roku temu lokatorzy kilku bloków Bytomskiej Spółdzielni Mieszkaniowej dowiedzieli się, że z powodu wykonanej tam kilka lat wcześniej modernizacji, na ich mieszkaniach ciąży dług i to nie byle jaki. Obciążenia - w zależności od metrażu - wyniosły od 5 do 11 tys. zł. Lokatorzy zjednoczyli siły.

Powołali Grupę Inicjatywną Ochrony Lokatorów BSM (GIOL). Stowarzyszenie nie jest jeszcze sformalizowane, ale ludzie zastanawiają się nad zarejestrowaniem GIOL-u w sądzie. Pod ich wnioskiem o zwołanie walnego zebrania spółdzielców podpisało się aż 1.700 mieszkańców.

- Powołanie do życia GIOL-u było spontaniczną reakcją na to, że spółdzielnia chciała nas wszystkich zadłużyć. Poczuliśmy się zagrożeni. W blokach nie mieszkają bogacze. Większość lokatorów to emeryci i pracownicy budżetówki, którzy z trudem wiążą koniec z końcem. Zwiększa się także liczba bezrobotnych. Ci ludzie naprawdę nie mają już z czego płacić czynszu. Dla nich liczy się każda złotówka. Chcą spokojnie mieszkać. Tymczasem nie jest to w Bytomiu możliwe - mówi Piotr Smętek, jeden z założycieli GIOL-u.

Lokatorzy BSM twierdzą, że ich spółdzielnia zamieniła się w gigantyczne przedsiębiorstwo, które niewiele ma wspólnego z ideą spółdzielczości. Postanowili walczyć o swoje. Zaczęło się od bloków przy ul. Cichej 1 a i ul. Chorzowskiej 20. Udało się zintegrować lokatorów. Powstała lista kontaktowa, a na niej adresy i telefony kilkunastu osób z różnych osiedli, do których lokatorzy mogą zwrócić się po radę i pomoc. Przestraszyli się pogłosek o tym, że kilku polskim spółdzielniom mieszkaniowym grozi plajta. Nie chcą, żeby chodził za nimi komornik. Boją się o oszczędności całego życia, które zainwestowali w spółdzielcze mieszkania.

- Chcemy być rzetelnie informowani. Skoro nie chce tego robić prezes spółdzielni, musimy robić to my. Na nasze spotkania w poszczególnych dzielnicach spontanicznie przychodzi po 80-100 osób - mówi Antoni Marczewski z GIOL-u.

Problemów do rozwiązania, zdaniem lokatorów, nie brakuje.

- Ludzie są niedoinformowani, a przez to zastraszeni. Zgłosiła się do mnie niedawno kobieta, którą powiadomiono o tym, że na jej mieszkaniu - kawalerce o powierzchni 29 metrów kwadratowych - ciąży dług w wysokości prawie 20 tysięcy złotych. To rzekome zadłużenie wzięło się z powodu "kredytu niewymieszkałego". To jakieś zupełnie bzdurne wyrażenie, coś takiego przecież nie istnieje - irytuje się Karolina Rojek z GIOL-u.

Działacze nieformalnego stowarzyszenia chcą się także zająć sprawą "rosnących" metraży. Wielu lokatorów otrzymało w ostatnim czasie nowe przydziały na mieszkanie, a w nich uwzględnioną większą powierzchnię niż w poprzednich dokumentach. Mieszkania urosły średnio o metr kwadratowy, wzrosły oczywiście opłaty. Wyjaśnienia wymaga także sprawa opłat za ciepło. To nie koniec problemów. W większości osiedli chodniki są w rozsypce, wiele budynków jest w opłakanym stanie.

- Żyjemy jak w slumsach. To jest nie do wytrzymania. Przez lata solidarnie płacimy na fundusz remontowy. To nie są małe pieniądze. Tymczasem zupełnie ich nie widać. Mamy dość wkładania pieniędzy do jednego worka, skoro nie wiemy, na co te pieniądze są przeznaczone. Kierujemy pisma do spółdzielni, ale nie otrzymujemy na nie odpowiedzi. Na nasze skargi zareagował Sejm i prezydent Kwaśniewski, tylko prezes spółdzielni nabrał wody w usta - opowiada pani Karolina. Do GIOL-u ludzie przychodzą teraz z różnymi problemami, niekoniecznie związanymi ze spółdzielnią. Narzekają na służbę zdrowia w osiedlu, opowiadają o problemach swoich bankrutujących firm, proszą o przejrzenie swoich rachunków. Proponują, by stowarzyszenie się sformalizowało i wystawiło swoich kandydatów w następnych wyborach samorządowych. Działacze GIOL-u odżegnują się jednak od tego pomysłu. Twierdzą, że z polityką nie chcą mieć nic wspólnego. Interesują się tylko swoimi osiedlami i tym, aby można było wygodnie i bezpiecznie w nich żyć.

- Ludzie są niepewni i spragnieni informacji. Niedawno kilku sąsiadów wypytywało mnie, czego się dowiedzieliśmy w naszej sprawie. Zaproponowałam, że poproszę spółdzielnię o udostępnienie salki i za dzień lub dwa zrobimy zebranie. Padła jednak propozycja, aby natychmiast zwołać zebranie na łące. I tak właśnie się stało. Prawie 40 lokatorów przyniosło koce i obradowaliśmy "pod chmurką" - opowiada Karolina Rojek. Wyzwaniem dla GIOL-u jest zbliżające się walne zebranie spółdzielców. Ma się odbyć z ich inicjatywy. Pod wnioskiem o jego zwołanie zebrano 1.700 podpisów.

- Obawiamy się reakcji ludzi, którzy na pewno gromadnie przyjdą na zebranie. Wielu z nich to górnicy i hutnicy, którzy nie przebierają w słowach i nie potrafią ukrywać swoich emocji. Może być gorąco. Nam natomiast zależy na rzetelnej dyskusji i wyjaśnieniach ze strony zarządu spółdzielni - mówi Antoni Marczewski.

Stowarzyszeni w GIOL-u nie mają zamiaru stosować taryfy ulgowej wobec spółdzielni, chociaż boją się konsekwencji. Niedawno jednemu z założycieli zdemolowano samochód, który jest narzędziem pracy i zarobkowania. Ktoś inny usłyszał od pracownika administracji, że jeśli poprze GIOL, to można się postarać i odebrać mu zasiłek mieszkaniowy.

Zarząd spółdzielni deklaruje, że jest otwarty na spotkania z przedstawicielami GIOL-u. Udostępnił nawet dokumenty nie objęte tajemnicą handlową i ułatwił kontakt z osobami odpowiedzialnymi np. za centralne ogrzewanie.

- Słyszymy, że GIOL jest niezadowolony z naszej pracy. Każdy ma prawo do własnego zdania na temat sposobu zarządzania nieruchomością. W obecnym składzie zarządzamy spółdzielnią od prawie 13 lat. W pierwszej kolejności wykonujemy te prace i remonty, które mogą zmniejszyć koszty eksploatacji. Nie idziemy na łatwiznę i nie siejemy trawy, nie malujemy klatek schodowych. Nasze budynki powstały 30 lat temu i za kilka lat mogą zacząć się sypać. Pewne prace, których nie widać, a które są niezwykle kosztowne, trzeba szybko wykonać. Wiem, że to może budzić niezadowolenie - wyjaśnia Ryszard Bregida, prezes Bytomskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

Zdaniem zarządu, budynki spółdzielcze zostały wybudowane w niezbyt fortunnej technologii. Aby je utrzymać w należytym stanie, co roku na remonty należałoby wydawać 5 procent ich wartości. Tymczasem pieniądze z funduszu remontowego to zaledwie 2 procent.

- Nie możemy pobierać większych opłat, bo mieszkańców po prostu na to nie stać. To nie jest tylko nasz problem, ale większości spółdzielni. To wynika z coraz większej biedy. Jest mi przykro, że GIOL zaczął swoje akcje od powiadamiania mediów, a nie od kontaktu z zarządem. Dopiero w lutym przysłano pismo do rady nadzorczej. Na spotkaniu nie było dyskusji - zamiast niej zaproponowano nam pismo z wnioskiem o odwołanie części władz. Odbieramy to jako działanie na pokaz i trochę pod publiczkę. Mamy wrażenie, że tak naprawdę GIOL wcale nie ma pomysłu na to, aby poprawić sytuację w spółdzielni - mówi Ryszard Bregida.

źródło: Dziennik Zachodni, autor: ALDONA MINORCZYK-CICHY, data: 20.05.2003

powrót do Spisu treści działu Modernizacja

Projekt i wykonanie: Raxo Design Group